Dzień 12

Piątek 07.11.2025 High Camp (5800m)-Mera Peak (6476m )-High Camp (5800m)-Khare (5045m)

Pobudka w środku nocy, a w zasadzie to chyba na początku nocy, gdzieś koło 1-2 (zupełnie nie pamiętam, która była wtedy godzina). Spałam. Nawet dosyć twardo. Dziwne. Ludzie nie mogą spać na tej wysokości. Obudziłam się dwa razy. Raz było mi przeokrutnie zimno, a drugi raz strasznie gorąco. Teraz jest mi zimno! Namiotem szarga wiatr. Trochę boli mnie głowa. Jak przy migrenie. Biorę zwykły Nurofen i próbuję się wyczołgać ze śpiworów. Szybko nakładam na siebie dwie kurtki, puchowe spodnie i wciskam botki w skorupiastee buciory.

Na zewnątrz jest strasznie przeokrutnie zimno. Idziemy do mesy. Wmuszam w siebie szarą breję zwaną owsianką (ale całkie smaczną) zakładamy uprzęże, raki. Idzie nas tylko czwórka i nasi przewodnicy. Dwie osoby muszą schodzić na dół. Wysokościówka. Idę z Moniką. Na linie prowadzi nas Dewan a na końcu związany z nami jest Lakma. W drugim zespole Chłopaki z Pmba. Ruszamy.

Droga od razu pnie się do góry. Przed nami widać tylko sznureczki światełek od czołówek. Wieje, okrutnie wieje. Drobinki lodu tną części ciała, których nie udało się osłonić. Jest coraz mocniej pod górę, jest strasznie zimno, strasznie wieje i strasznie chce mi się spać. Idziemy pod górę i coraz bardziej pod górę i tylko pod górę… Nic nie widać tylko czuć strzaskane lodem poliki i palące mięśnie łydek. Monika zatrzymuje się co kilka kroków. Na początku mi to pasuje, ale z czasem zaczyna mnie to męczyć. Robię krok i szarpnięcie do tyłu. Nie wejdziemy … w takim tempie to się nie może udać ….Robię kilka kroków, napinam mięśnie żeby wejść krok wyżej i szarpnięcie…robię trzy kroki w tył… jej to jest taka strata wysokości. Wiem jak dużo będzie mnie kosztowało nadrobienie tych trzech kroków wstecz. Dewon się odwraca i krzyczy coś co wskazuje na to żeby iść. Wrzeszczę przez wiatr (po polsku, na pewno mnie rozumie …i słyszy ;)): jak mam kurwa iść !!!!!

Nie mam siły… męczy mnie to przywiązanie… chce mi się spać…poluzowuję buty żeby ruszać palcami … łapawice na szczęście dają radę …. mam pomysł … przy kolejnym postoju wzywam Dewona do siebie… proszę o herbatę…sama siadam na chwilę… nie ma wyjścia … trzeba się poddać temu wszystkiemu… oby tylko nie zasnąć… zaczyna świtać … coś widać… robi się troszkę cieplej … wybijam się z letargu …

Idziemy cały czas pod górę. Wiatr zawiewa drogę. Niechcący zbaczam z ubitej ścieżki i zapadam się po pas. W końcu pojawia się słoneczko ….teraz będzie już lepiej 🙂

Jak jest już zupełnie jasno spotykamy naszych chłopaków schodzących z góry. Romek mówi że jesteśmy w połowie drogi … podchodzę do Moniki i mówię że zawracamy …. Ona odpowiada mi po paru minutach … ja chcę spróbować …. A ja chcę iść szybciej, czuję się ograniczona, zniewolona tą liną. Podejście do góry nigdy się nie kończy. Tracę nadzieję na sukces. Przy kolejnym szarpnięciu siadam. Matko widoki są obłędne. Everest i Lhotse na wyciągnięcie ręki. Dalej siedzimy. Wiatr tnie po twarzy.

Patrzę na Everest wydaje się tak blisko. Jestem zmęczona tak skrajnie, a może nie zmęczona, sfrustrowana, uwiązana, ograniczona. Idę do Dewona i mówię, że nie mam tlenu, chcę zawracać …. On się śmieje i mówi, że skoro mam siłę tyle gadać to na pewno mam wystarczającą ilość tlenu … mówi, że obiecał mi dzień wcześniej, więc weźmie mnie na górę. A potem nagle pyta czy słyszę ją góry do mnie mówią …. I wszystko mi przechodzi. Słyszę jak mówią , jak wiatr śpiewa, czuję zapach powietrza. To cud być tu i teraz !

Idziemy dalej i nagle wyłania się szczyt. Jestem zdziwiona. Całe szczęście Romkowi się cos pomyliło i jest to faktycznie szczyt. Na samą górę prowadzi pionowe zaporęczowane wejście. Hmmm ciekawe jak my sobie na tych linach poradzimy. Ale cóż za miła niespodzianka. Dewon nas rozwiązuje !!! Wolna wręcz biegnę na górę. Płynnie bez przystanków pokonuję pierwszą poręczówkę. Dewon cos krzyczy -aaa z tego szaleństwa wolności pędząc na górę nie zostawiłam kijów na dole. Dyndają mi się na nadgarstkach. E tam. Czekam na Monikę przerzucam się na drugą poręczówkę i jestem na górze ….. o matko jak obłędnie. Świeci słońce wiatr … nie wiem czy go nie ma czy nie czuję …. Jak pięknie jak cudownie. Jestem tak szczęśliwa, tak nieziemsko szczęśliwa!!! Jestem prawie na 6,5 tyś bez tlenu, bez wspomagania lekami, jakby ktoś kazał mi iść wyżej poszłabym bez problemu. O Matko jak cudnie jak cudnie jak cuuuudddnnnieeeeeeeee!!!!

Pode mną cały świat, na wprost Everest Lhotse Ama Dablam …. Matko jak pięknie … zrobiłam to ….

Trzeba schodzić. Nie można siedzieć za długo na tej wysokości. Ale jak zjechać po poręczówce bez ósemki …. Hmmm …. Owijam linę wkoło nadgarstka krok, krok, odwijam zawijam niżej ….. ściana się kończy można odpocząć. Devon daje mi Marsa … mmm ale pyszny … jestem szczęśliwa …

Devon puszcza Monikę z Lakpa przodem… a my siadamy , śmiejemy się zachwycamy … jesteśmy sami … Boże jak pięknie !!!!!

Nie męczy mnie to zejście jest pięknie , Everest przede mną Dewon mój cichy bohater za mną …. Ależ jestem szczęśliwa !!!!!

Chrup chrup chrup chrup chrup…..

Dochodzimy do high campu … upada mi kijek, schylam się …. I nie mam siły się podnieść. Świat wiruje … zeszło ze mnie wszystko. Zmęczenie? Pewnie tak, ale ja czuję eksplozję emocji, zalała mnie ta fala… Poddaje się … mówię: Dewon I am dizzy… Jestem głodna i spragniona. Chce mi się siku. Pozwalam się zaprowadzić do namiotu, zdjąć sobie raki … Chce mi się płakać. Jestem wykończona ale jest mi tak dobrze. Piję wodę , olewam sikanie. Nie mam siły zdjąć butów o uprzęży nie wspomnę. Narzucam na siebie śpiwór. Jacyś Brytyjczycy krzyczą na zewnątrz …. Resztka sił wyciągam zatyczki, wkładam do uszu i zasypiam w jednej sekundzie. Śpię twardo, dobrze mi ….

Budzi mnie szarpanie nogi. To Lakpa przyszedł z zupa. Nie wiem ile czasu spałam. Nie chcę się budzić, ale wiem że muszę coś zjeść. Jem zupę, a Lakpa mówi że za 15 min schodzimy na dół i ściąga mi wielkie buciory z nóg…. Chyba zwariował ja nigdzie nie idę ….

Zupa jest paskudna !!!! Bleeee, ale jem bo wiem że 6,5 tys na jednym marsie nie może się skoczyć dobrze. Przychodzą po mnie: Devon i młody tragarz. A ja nie chcę iść 🙂 Devon jak zły tata cos tam mamrocze pod nosem. No i spakowali ubrali i wyciągnęli mnie z namiotu (kiedyś jeszcze chyba zrobiłam siku, ale nie pamiętam kiedy to było 🤣) Kopniak w pupę i schodzimy do Khare.

I znowu jest pięknie. Idziemy we dwoje jest pusto i cicho. Mateńko jedyna jak mi dobrze. Tu i teraz jest najpiękniejsza chwila mojego życia. Jesteśmy tylko my. Dwa malutkie punkciki wśród tych kolosów, gdzieś na końcu świata …nieee- to jest właśnie centrum świata. Dewon, ja i otaczające nas góry. Osiągam szczyt ekstazy. Życie jest przedbłędnie piękne!!!!!!

Idziemy siadamy trochę rozmawiamy … Boże jak mi dobrze ….

Mera La, crumbles , bass camp … od base campu idzie z nami piesek …

Nagle zza zakrętu wyłania się maleńki punkcik …. Ojej Nima idzie do nas z herbatką … siadamy, pijemy na stromym zboczu … słoneczko się już chowa … ale mi dobrze …

Jak tylko zaczyna zapadać zmrok docieramy do Khare. Wszyscy mi gratulują. Siadam w mesie z olbrzymim bananem na ustach i nie ruszam się do samego spania. Jestem wykończona, ale szczęśliwa ….

Mówią, że Mera Peak zmienia ludzi …..TAK TO PRAWDA 🙂

Dodaj komentarz