Czwartek 06.11.2025 Khare (5045m)-High Camp (5800m)
Pobudka wcześnie rano. Umówiłam się z Darkiem i Dewanem, że wyjdziemy godzinę wcześniej. Moje wolne chodzenie zdaje egzamin. Żeby uniknąć choroby wysokościowej należy chodzić wolno i dużo pić.
Jest stresik. Nawet cos tam zjadam. Ruszamy.
Droga od razu pnie się ostro pod górę. Pierwsza zadyszka na start zaliczona. Miasteczko szybko zostaje w dole.
Droga jest wąska. Niedawno przetarta. Miejsca gdzie zapadła się komuś noga zamieniły się w wielkie lodowe stopnie. Idziemy powoli , najpierw grzbietem potem trawersujemy zboczem. Świeci słońce, ale na tej wysokości niewiele ciepła ono daje.
Powoli miarowo do góry. Po wielkich lodowych stopniach. Mija nas grupa potem my mijamy ich. Wdech wydech, mięśnie szczypią …
Nagle wyłania się nasz cel. Ten malutki wzgórek.
Dochodzimy do Base Campu. Jestem zdziwiona, że poszło nam tak szybko i zaskakująco dobrze. Na horyzoncie majaczy ścieżka na samo Mera La. Wiem, że dam radę. Czuję się świetnie.
Robimy chwileczkę przerwy. Batonik i śmigamy dalej. Base camp zostaje tyle.
Dochodzimy do wielkiego lawiniska. Ludzie tutaj zakładają raki. Dewan mów, że raczki wystarczą. Śnieg jest twardy, ścieżka ubita tylko z wielkimi stopniami i dziurami, ale raczki trzymają mocno, można iść. Jejuniu jak to męczy i boli. Jest zimno, marzną mi ręce …
Dochodzimy do przełęczy Mera La . O matko jakie tu są obłędne widoki.
Mijamy grupę . Dewan każe mi odpocząć, pijemy herbatkę i podziwiamy widoki. Dewan mówi mi co widzę: Amphu Labtsa, Mount Everest, Lhotse. O mateńko tuż obok … ależ jest obłędnie!!!!
Musimy iść dalej bo jest bardzo zimno. Noga za nogą, krok za krokiem ciągle pod górę. Co chwilę się zatrzymujemy, robimy zdjęcia
I tak idąc sapiąc, a raczej wzdychając dochodzimy do High Campu. Czuję się świetnie. Jestem zdziwiona, że na wysokości prawie 6 tys czuję się tak dobrze.
High Camp to prowizoryczna mesa wbita w skałę, dwa rzędy namiotów i przerażający kibelek wiszący nad przepaścią i trzęsący się na wietrze. Namioty w mojej ocenie wcale nie małe. W środku materacyk. Całość na znacznym pochyleniu. Do toalety prowadzi lodowa ścieżka, nie ma opcji dojścia tam bez raczków czy raków.
Jemy zupę. Mój organizm zdecydowanie wrzeszczy, że jest paskudna i wcale, a wcale nie chce jej jeść. Nie słucham go. Zmuszam się. Jem i piję dużo ciepłej herbatki.
Do mesy wchodzi przewodnik grupy, z którą się mijaliśmy dzisiejszego dnia. Patrzy na mnie i mówi:
-You are very strong women, I saw you on the pass.
Ależ takie słowa uskrzydlają. Teraz już wiem na pewno ,że wejdę na Mera Peak!!
Idziemy do namiotów. Generalnie ludzie w High Campie nie czują się najlepiej, wymiotują, majaczą.
Namiot dzielę z Romkiem. Dobrze, że jesteśmy we dwoje i mamy dodatkowe śpiwory. Zapada zmrok i robi się okropnie zimno. Zaszywam się w śpiworze. Ubieram się już jak na wyjście, zakładam botki. Całą elektronikę wkładam do śpiworka. Ludzie nie mogą spać, ja nie mam z tym problemu. Jest mi zimno, ale zasypiam od razu.
Budzę się. Chce mi się siku. Biorę lejek i sikam przed samym namiotem. Jest pełnia. To nie wysokość, to widok zapiera mi dech w piersiach !!!!!
